Forum ŚWIATOWID Strona Główna ŚWIATOWID
czyli ... obserwator różnych stron życia
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Odeszła NINA ANDRYCZ

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚWIATOWID Strona Główna -> Zatrzymać się w biegu ... forum bardziej ... refleksyjne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
w51
Administrator


Dołączył: 23 Maj 2007
Posty: 5481
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gliwice

PostWysłany: Sob 12:59, 01 Lut 2014    Temat postu: Odeszła NINA ANDRYCZ

[link widoczny dla zalogowanych]

Zamiast tradycyjnej suchej notki biograficznej .....

Chciała, żeby na jej grobie było napisane "Królowa sceny Teatru Polskiego". Ninę Andrycz zapamiętano jednak nie tylko jako pierwszą damę sceny, ale też jako pierwszą damę PRL. Przez blisko 20 lat była żoną jednego z premierów - Józefa Cyrankiewicza. Jak wyglądało jej życie z prominentnym politykiem? Przedstawiamy fragment książki "Kobiety władzy PRL", która ukazała się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne.
Była młodsza od Cyrankiewicza o cztery lata, urodziła się w 1915 r. w Brześciu Litewskim. Młode lata spędziła w sowieckim Kijowie, podobno pojechały tam z matką w odwiedziny do rodziny i rewolucja odcięła im powrót do domu.

"Pamiętam miasto - wspominała po latach - które przechodziło z rąk do rąk, raz byli w nim czerwoni, raz biali. Na placu odbywały się egzekucje, których oczywiście nie oglądałyśmy. Na całe życie zapamiętałam jednak krew na śniegu. Bandy grabiły domy, przyszli też do nas. Bałyśmy się z mamą piekielnie. Pamiętam, jak mama, która była jeszcze młoda i bardzo ładna, poprosiła jednego z bandziorów, żeby nie zabierał jej zegarka, pamiątki po mężu, który jest w Polsce. I ten bandzior zabrał jakąś szubę, palto, a zegarek zostawił".

W tym miejscu po raz pierwszy dotykamy sprawy wiarygodności wspomnień pani Niny. Nie negując ich uczciwości, warto jednak przypomnieć, że w 1920 r. Kijów zajęła polska armia i wielu rodaków powróciło do kraju razem z wycofującymi się oddziałami Edwarda Rydza-Śmigłego. Dlaczego nie zrobiła tego jej matka?

Życie w radzieckim Kijowie

Sowiecki Kijów nie był łatwym miejscem do życia. Zamożni krewni z dnia na dzień stali się żebrakami, matce przyszłej aktorki udało się znaleźć zatrudnienie w charakterze tłumacza. Przydało się wykształcenie i znajomość języków.

Nina chodziła do szkoły, a potajemnie uczęszczała również na lekcje religii. Polskiego uczyła ją matka w domu, po wojnie polsko-bolszewickiej nie był to nad Dnieprem język mile widziany. W Kijowie panowała bieda, ale właśnie wówczas dziewczynka zainteresowała się teatrem.

"[...] głodujący mieli dwa abonamenty - jeden do przewspaniałej opery, drugi do przewspaniałego teatru dramatycznego. Jako dziewczynka widziałam wszystkie piękne spektakle - Fausta, Dostojewskiego - połowy wtedy nie zrozumiałam, ale i tak bardzo mi się spodobało". Recytowała wiersze i już wówczas musiała przejawiać talent, gdyż rówieśnicy chętnie jej słuchali. Miało to przełożenie na popularność w szkole, a co za tym idzie, na lepsze warunki bytowe.

"Mówiąc wiersze, zdałam sobie sprawę, że mam pewną władzę nad rówieśnikami, że nikt się nie wierci, nie gwiżdże, że mnie słuchają. Pomyślałam, że jestem niezwykłą istotą i że trzeba wyciągnąć z tego wnioski. Zauważyłam też, że jak występowałam, to byłam lepiej traktowana, dostawałam lepszy 'pajok' na drugie śniadanie. Nie chcę naginać faktów, ale wiem, że już wtedy zrozumiałam, że będę aktorką. To mnie też trochę wyrywało z tej szarzyzny, z tego głodu, nędzy, strachu, rozstrzeliwań. Bo wojna domowa to jest głód i strach".

Po dziesięciu latach obie odnalazł ojciec Niny i matka z córką legalnie powróciły do Polski. Ponownie zamieszkały w Brześciu, a po kilku latach dziewczyna rozpoczęła studia. Dostała się do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej w Warszawie, ale wobec sprzeciwu matki równolegle studiowała na uniwersytecie. Po dwóch latach skoncentrowała się jednak wyłącznie na aktorstwie.

Występowała w wileńskim Teatrze na Pohulance, ale prawdziwy sukces przyniosła jej dopiero Warszawa i Teatr Polski. Pod okiem Arnolda Szyfmana stworzyła wspaniałe kreacje, a w pamięci widzów pozostała jako Solange z "Lata w Nohant" Jarosława Iwaszkiewicza. Premiera utworu uczyniła z niej gwiazdę, miała wówczas dwadzieścia jeden lat.

Do dat należy podchodzić z dystansem

Do dat w życiu pani Andrycz należy jednak podchodzić z pewnym dystansem. Jeżeli faktycznie na świat przyszła w listopadzie 1915 r., to w chwili teatralnego debiutu miała zaledwie dziewiętnaście lat, a pracę w Wilnie z nauką w warszawskiej szkole raczej trudno byłoby pogodzić. Zachowała się również informacja, że studiowała historię na Uniwersytecie Wileńskim, co jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Warszawska szkoła teatralna powstała w 1932 r. (studia trwały trzy lata), co wydaje się jedyną pewną datą.

Niewykluczone, że pani Nina trochę lat sobie odjęła, co w tamtych czasach było normalną praktyką. Do perfekcji doprowadziły tę umiejętność córki Wojciecha Kossaka, posuwając się nawet do fałszowania dat na obrazach ojca. A Maria Pawlikowska-Jasnorzewska w swoim paszporcie z 1939 r. odmłodziła się aż o osiem lat.

Pierwsza wielka miłość

Niezależnie od problemów z metryką okres studencki wywarł wpływ na całe życie artystki. Poznała wówczas Aleksandra Węgierkę, znacznie od niej starszego aktora, reżysera i wykładowcę. Był on żonaty, nie należał jednak do mężczyzn dochowujących wierności. Na swój sposób był jednak do żony przywiązany; Zofia Węgierko pracowała w teatrze jako plastyk i scenograf.

Jednym ze źródeł do poznania życia Niny Andrycz są udzielane przez nią w ostatnich latach wywiady. Niestety, aktorka ma zwyczaj przedstawiania tych samych wydarzenia w różny sposób, niewykluczone zresztą, że swoją rolę gra jej sędziwy wiek. I tak opowiadając o związku z Węgierką, stwierdziła, że "przeżyła erotyzm tak piękny, że każdy następny wydawał się niczym. Jeden jego pocałunek był wart wielu tych płomiennych stosunków [...], moja pierwsza miłość była romantyczna, a jej podkład erotyczny był tak wzniosły, że następne doświadczenia wyglądały... jakby słabiej".

Natomiast w innej rozmowie przyznała, że "skończyła szkołę teatralną jako dziewica". Albowiem chociaż "była w nim zakochana przez cały drugi i trzeci rok, on wiedział, jak się sprawy przedstawiają, ale dziewictwa mi nie odebrał. No cóż, można być bardzo szczęśliwą w inny sposób". Co prawda "wzniosły erotyzm" nie wyklucza zachowania dziewictwa, jednak czasami w wypowiedziach aktorki trudno doszukać się logiki.

Obiecała żonie, że nie rozbije małżeństwa

Podobno o romansie wiedzieli wszyscy, Nina jednak obiecała żonie reżysera, że ich małżeństwa nie rozbije. Nie przeszkadzało jej to przez całe życie, nawet w trakcie związku z Cyrankiewiczem, trzymać w mieszkaniu portretu ukochanego. Wtedy jednak wisiał w jej gabinecie, co premier kwitował słowami, iż "nekrofilia kwitnie w domu". Do dzisiaj zresztą artystka uważa, że była to jedyna miłość jej życia, a pozostałe związki były wyłącznie epizodami, niemającymi nic wspólnego z uczuciem.

Aleksander Węgierko nie przeżył wojny, a jego osoba do dzisiaj wzbudza kontrowersje. [...] Wojnę przeżyła natomiast Zofia Węgierko. Podjęła pracę w warszawskim Teatrze Polskim i wówczas zetknęła się z Andrycz. "Spojrzałyśmy sobie w oczy nie bez wzruszenia - opisywała Nina. - Ona nadal była jeszcze ładną zadbaną kobietą po pięćdziesiątce. Dźwigała ciężar swojego wdowieństwa, aczkolwiek żałoby nie nosiła. Emanował z niej jakiś dziwny spokój, może tylko gdzieś na dnie przyciemniony okupacyjną udręką ukrywania się".

Panie rozmawiały spokojnie, czas leczył rany. Zofia Węgierkowa przyznała się, że mąż był jedyną miłością jej życia, podejrzewała również, iż dla Niny był "również tą jedną". Ale wdowa po reżyserze wiedziała już wówczas, że jej dawną rywalką zainteresował się premier rządu polskiego, Józef Cyrankiewicz.

Bukiet róż i bilecik

Nina Andrycz jest autorką dwóch powieści autobiograficznych. Niestety, jak często w tego rodzaju publikacjach bywa, fakty przeplatają się tam z fikcją, a rzeczywistość trudno odróżnić od fantazji. Dialogi bohaterów są czasami mało naturalne i przypominają rozmowy studentów pierwszego roku filozofii. Ale opowieści sławnej artystki nie można całkowicie przekreślać, rzucają bowiem ciekawe światło na kluczowe epizody jej życia.

Podczas wojny przebywała w Warszawie, nie pracowała jednak na żadnej ze scen koncesjonowanych przez okupanta. Na życie zarabiała jako kelnerka. „W teatrze - pisała po latach - jest przekleństwo »Bodajbyś z tacą chodził «, nie wolno brać tacy do ręki, bo to wróży nieszczęście. A ja jako kelnerka z tą tacą chodziłam. I nic złego się nie stało. W dodatku do kawiarni jako pierwszy klient wszedł Niemiec. Cofnęłam się razem z tacą, ale miałam tak rycerskich kolegów, że powiedzieli: »Idź do toalety, my mu podamy «”.

Po wojnie znalazła się w Łodzi, a pomimo tragedii powstania warszawskiego nigdy źle się na ten temat nie wypowiadała. "Jak sobie pomyślę o chłopakach z AK, to tylko klękać i całować ślady nóg na podłodze. Cieszę się, że się im podobałam, że byłam ich muzą. Mówili: 'Dopóki Andryczka się maluje, nos pudruje, to my nie możemy przegrać'. Niestety przegrali".

Nigdy również nie myślała o porzuceniu zawodu, w czym utwierdzała ją matka, ostatecznie pogodzona z wyborem córki. Marzeniem Niny była kontynuacja kariery na deskach ukochanego Teatru Polskiego, co niebawem miało się spełnić.

W listopadzie 1945 r. wraz z grupą aktorów powróciła do Warszawy, zamieszkując przy ulicy Wileńskiej na Pradze. Niebawem niespożyty Arnold Szyfman (miał wówczas sześćdziesiąt trzy lata) przystąpił do prób. Panna Andrycz występowała w "Papudze" w reżyserii Juliusza Osterwy, a wielki sukces odniosła w "Szkole obmowy". Kilka dni po premierze otrzymała bukiet pięknych róż z biletem, na którym widniały inicjały - "J.C.".

Romanse panny Niny

Chociaż Andrycz zawsze twierdziła, że w życiu miała tylko jedną miłość, to jednak innych mężczyzn dostrzegała. Wspominała o swoich okupacyjnych partnerach, natomiast po powrocie do stolicy związała się z niejakim Janem Chybem, porucznikiem Ludowego Wojska Polskiego. Po latach nazwała go "niewłaściwym mężczyzną", a sam romans opisała dość dokładnie we wspomnieniach. Ile w tym prawdy, a ile fikcji literackiej - wie tylko sama aktorka.

"Smukłe kolana bez pośpiechu ruszyły w moim kierunku. Dotychczas widziałam go tylko z profilu. Teraz miałam przed sobą twarz i oczy. Nie doznałam żadnego olśnienia jego męską urodą. Rozum instynktowny (ten, co nie analizuje!) momentalnie schwycił fizyczne podobieństwo zbliżającej się postaci do już nieżyjącego chłopca z Brześcia [Węgierki - S.K.], namiętności moich czternastu lat. Tamten też miał smukłe kolana, suchy, hardy profil i ciemne, jakby spieczone usta. [ ] Nie podobały mi się wcale ani jego niebieskie oczka w nieco lodowatym odcieniu, ani chytry uśmieszek". Warto zauważyć, że "chłopiec z Brześcia" w chwili śmierci miał niemal pięćdziesiąt lat, a gdy Nina rozpoczynała studia, prawie czterdzieści

Porucznik uczy się polskiego

Porucznik Chyb mówił słabo po polsku, w pierwszej chwili Nina uznała go zresztą za "chamowatego". Ale wzbudzał w niej dziwne uczucie, podejrzewała, że jej "ciało w ten sposób chciało dojść do głosu". Nigdy dotychczas nie wyobrażała sobie "bliższego kontaktu z mężczyzną bez zrozumienia, bez podziwu, czułości, psychicznego pokrewieństwa", ale jej myśli zaczęły krążyć wokół przystojnego oficera. I wbrew sobie zaczęła się z nim spotykać, uczyła polskiego języka (podczas pobytu w ZSRR niemal go zapomniał). Edukacją wojskowego zajęła się również zaprzyjaźniona rodzina Dorochowskich.

"A ponieważ wszystkie moje wieczory w lutym nadal były wolne - zaczęłam wreszcie uczyć porucznika prawidłowej polskiej wymowy. Jan pilnie i pokornie sylabizował 'Pana Tadeusza', czyniąc postępy. Prócz tego czytał zupełnie nowe dla siebie książki, pożyczane z biblioteki Dorochowskich. Stopniowo poszerzył mu się zasób polskich słów i przestał mówić 'nu'. Pułkownik nie tylko systematycznie, ale i z pasją wykładał mu historię Polski. Lucyna dbała o ogładę towarzyską oraz lepsze maniery".

Z punktu widzenia narracji opis repolonizacji Jana Chyba jest interesujący, ale pani Nina raczej po raz kolejny mija się z prawdą. Pochodzący z patriotycznej polskiej rodziny porucznik (jego bracia podczas wojny byli w AK-owskiej partyzantce) nie mógł przez kilka lat zostać całkowicie zrusyfikowany. A tym bardziej nic nie wiedzieć o wojnie 1920 r. czy też innych wydarzeniach z dziejów Polski. To raczej "licentia poetica" autorki przedstawiającej wybrańca jako przystojną wersję Kaspara Hausera.

Erotyczno-uczuciowa edukacja

Nie jest to jedyna nielogiczność we wspomnieniach pani Andrycz. Aktorka miała być dla porucznika nie tylko mentorką intelektualną, ale również seksualną. Wprawdzie podkreślała swoje niezaangażowanie i brak doświadczenia erotycznego, ale na partnera wywarła zbawienny wpływ. Pod jej wpływem Chyb miał przeistoczyć się w doskonałego kochanka, a współżycie miało im przynosić wiele satysfakcji. Nie można tego wykluczyć, ale cała sytuacja sprawia wrażenie elementu wciśniętego na siłę, aby podnieść atrakcyjność narracji.

"I tak zaczął się w moim życiu - pisała Nina - czas porucznika [...], a ściślej jego erotyczno-uczuciowa edukacja. Z czasem robił w niej postępy, choć podejrzewałam, że nie z przypływu wielkiego uczucia, tylko z rozpalonej ciekawości, jak też te sprawy wyglądają w innym, nieznanym mu świecie. Poza tym niewątpliwie bardzo chciał dać mi rozkosz. Musiał więc zupełnie odrzucić swoje żołnierskie nawyki, opanować brutalność odruchów, no i bardzo przedłużyć miłosne preludium. Z żalem zaprzestał komplementów w rodzaju: jesteś słodziutka, wąziutka, aksamitna".

Podczas zbliżeń miała nie poddawać się namiętności, uważając, że "powtarza pieszczoty, które kiedyś spontanicznie narodziły się z czułości i zachwytu". Miała osiągać zadowolenie, ale jej myśli krążyły wokół Węgierki. A przecież w sensie erotycznym między nią a reżyserem do niczego podobno nie doszło.

Związek z przystojnym porucznikiem miał obfitować w gwałtowne wydarzenia, partner nadużywał alkoholu i czasami zachowywał się wulgarnie. Ostatecznie z życia panny Andrycz zniknął dwa lata po wojnie, kiedy związała się już z Cyrankiewiczem. Podobno utonął w Wiśle, a artystka sugerowała, że mogło to być samobójstwo.

Premier zafascynowany aktorką

Tajemnicę bukietu róż z bilecikiem "J.C." rozwikłał znajomy panny Andrycz, dziennikarz Zbigniew Mitzner. Redaktor "Robotnika" (i współzałożyciel "Szpilek") wyjaśnił, że "jego szef jest w niej zakochany". Dla niego Józef nie był zresztą tylko urzędującym premierem, uważał go przede wszystkim za lidera PPS i współredaktora "Robotnika". "Byłem zdziwiony i zaskoczony - tłumaczył dziennikarz - kiedy ten człowiek, mający ogromne powodzenie u kobiet, sceptyczny i nieufny, po raz pierwszy zapytał mnie o panią".

Dziennikarz znał dobrze słabości pryncypała i zauważył, że jego sposób okazywania zainteresowania nie pasował do dotychczasowych praktyk. Ale nie ukrywał, że Cyrankiewicz zabrał się do rzeczy jak rasowy polityk. Miał do dyspozycji metody niedostępne przeciętnym śmiertelnikom, polecił zatem sporządzić sobie dossier wybranki.

"Wiem - mówił Mitznerowi - że ostatnio dziewczyna żyła z pewnym oficerem. Zula mi go pokazała na ulicy. Fizycznie chłopczyna bez zarzutu. Mógł się podobać. Nawet bardzo. Właśnie z szynku wychodził, bo ona go podobno porzuciła. Widujesz się z nią przecież? Sprawdź, czy to się zgadza".

"Zwierzę polityczne czystej krwi"

Redaktor wystąpił w roli pośrednika i zaproponował w imieniu premiera wspólną kolację, gdzie miał się pojawić w roli przyzwoitki. Nina zwlekała z odpowiedzią, uznając, że "jeżeli ktoś sporządza sobie jej dossier, to i jej przysługują jakieś choćby elementarne wiadomości o nim". Mitzner zresztą nie ukrywał swojego zdania na temat Józefa.

"[Jest] zwierzęciem politycznym czystej krwi - tłumaczył. - A że polityka nie jest jak wiadomo wiedzą ścisłą, tylko sztuką stosowaną, sądzę, że uprawia tę sztukę z talentem. Jest socjalistą od najwcześniejszej młodości, wbrew woli zamożnego ojca i pomimo licznych batów. Na pewno chciałby w tej ideologii zobaczyć przyszłość kraju. Będąc jednak realistą, wie, że karty w historycznej grze są już raczej rozdane".

Opowiadał, że pryncypał ma problemy z osobowością, czego przyczyną był pobyt w Oświęcimiu. Racjonalistyczny światopogląd w niczym nie pomagał i premier szukał ucieczki w przyjemności życia. "Z tak upiornego melanżu pozostała mu do dziś wyraźna nieufność, szczególnie do nowo poznawanych ludzi. Te i inne problemy swej codzienności okrasza sporą dawką humoru, a przy tym ma wdzięk i niekłamane powodzenie u pań. Toteż nawet wobec tak niepospolitej osoby jak pani na pewno nie chciałby bujać w obłokach".

Chciał więcej niż romansu

Oglądając Ninę na scenie, miał powiedzieć, że nie interesuje go wyłącznie przygoda. Nie zamierzał jednak "terminować gdzieś tam na peryferiach", ostatecznie przecież "w końcu nie był porucznikiem". I miał rację, był najinteligentniejszym politykiem z grona nowych władców Polski. Doskonale ubrany, przystojny i wysportowany podobał się kobietom, a w odróżnieniu od pozostałych członków ówczesnej elity władzy potrafił poruszać się w eleganckim świecie.

Panna Andrycz jednak nie spieszyła się i do jej pierwszego spotkania z Cyrankiewiczem doszło dopiero po trzech miesiącach. Przyjęła zaproszenie na kolację w prywatnym mieszkaniu premiera przy ulicy Zygmuntowskiej na Pradze. Towarzyszył jej oczywiście Mitzner.

"Wódz nie bez wahania wypuszcza moją rękę i wchodzimy do obszernego pokoju, będącego jednocześnie salonkiem i jadalnią. Parkiet lśni. Na białym obrusie lśnią kieliszki i nakrycia. Cała kolacja przygotowana na zimno, bo służby ani widu, ani słychu. Dostrzegam bez trudu pewien charakterystyczny szczegół, który mnie niejako spokrewnia z panem domu . A mianowicie w najmniej oczekiwanych miejscach leżą książki. Jedna spora kupka na oknie. Druga, jeszcze większa, za lustrem, a trzecia i czwarta w rogach pokoju".

W relacjach z epoki nie bez powodu podkreślano inteligencję polityka, jego dobrą polszczyznę i nieużywanie kartki podczas publicznych wystąpień. Ten człowiek zdecydowanie odróżniał się od aparatczyków wczesnego okresu Polski Ludowej i mógł się stać równorzędnym partnerem umysłowym dla aktorki.

Nie wiadomo, jak przebiegały kolejne fazy znajomości. Premier zrobił na niej dobre wrażenie, uznała, że jest przystojny, inteligentny i bardzo samotny. A jaka kobieta nie doceniałaby tych cech w jednym mężczyźnie? Na dodatek gdy ten mężczyzna jest szefem rządu?

"Nina zrobi najlepszą partię w Polsce"

"Był on, jak podawała ówczesna prasa - zapisała po latach - najmłodszym urzędującym premierem w Europie. A.D. 1947, w czerwcu, miał bardzo szczupłą wysportowaną sylwetkę i bardzo niebanalną męską urodę. Golił mianowicie głowę, niewątpliwie wiedząc, że ma ładny kształt czaszki. To samo robił w Hollywoodzie Yul Bryner. Taki zabieg rozjaśniał regularne rysy twarzy, wydobywając z niejako marmurowego tła żywe, ciemne oczy i zmysłowe usta".

Cyrankiewicz zdawał sobie sprawę z podobieństwa, mówiąc z uśmiechem, że wygląda jak "Yul Brynner dla niezamożnych". Ale mógł się podobać, o czym zresztą dobrze wiedział. Podobno już podczas drugiego spotkania (tym razem bez przyzwoitki) zaczęli rozmawiać o małżeństwie. Przypomina to obyczaje z belle époque i sprawia nienaturalne wrażenie. Ale pasuje do wspomnień Andrycz, w których rzeczywistość miesza się z fantazją.

Sprawa szybko stała się publiczną tajemnicą. Przy okazji Szyfman planował załatwić kilka spraw dla swojego teatru. W tej sytuacji przydział nowej ciężarówki nie stanowił już większego problemu. W kulisach szeptano o fascynacji premiera, plotkowano, że ślub szefa rządu będzie wydarzeniem.

"Nina zrobi najlepszą partię w Polsce - emocjonował się Szyfman w rozmowie z Zofią Węgierkową. - Oko mi dzisiaj zbielało, kiedy ujrzałem, jakie orchidee wnoszono do jej garderoby. Mówię to pani nie bez kozery, pani Zofio. Mam nadzieję, że pani ubierze ją do ślubu". Podobno oświadczyła Cyrankiewiczowi, że zadowoli się rolą kochanki i wcale nie musi wychodzić za mąż. Premier zaprotestował, zauważył, że miał w życiu wystarczającą liczbę nieformalnych związków, a teraz oczekuje stabilizacji. Miał nawet zaproponować ślub kościelny, cytując Alberta Camusa, iż "wprawdzie w Boga nie wierzy, ale takim znowu ateistą nie jest".

Ślub kościelny? Kolejna fantazja Andrycz

Rozmowa ta miała miejsce w czerwcu 1947 r., gdy jeszcze daleko było do walki państwa z Kościołem. To właśnie w tym okresie Anna Iwaszkiewicz snuła wizje katolickiego marksizmu, a pogrzeb generała Karola Świerczewskiego odbył się w obecności duchowieństwa.

Był jednak pewien problem, o którym pani Nina w ogóle nie wspominała. W świetle przepisów kościelnych jej nowy partner był nadal żonaty z Joanną Munkówną. Posiadał wyłącznie rozwód cywilny, co skutecznie uniemożliwiało zawarcie sakramentu. Pozostawała droga zmiany wyznania lub kościelnego unieważnienia związku, a to byłoby zbyt wiele jak na premiera państwa zależnego od Kremla.

Dlatego pomysł ze ślubem katolickim wydaje się kolejną fantazją pani Andrycz, a przecież zawsze uważała małżeństwo za skomplikowaną instytucję, której nie można łączyć z sakramentem. A co ciekawsze, podobno takie zdanie miała już przed wojną, gdy w Polsce praktycznie nie istniały jeszcze śluby cywilne

Nina Andrycz stawia warunki

Aktorka postawiła pewne warunki, które premier przyjął bez większych oporów. Podstawowym była jej niezależność zawodowa, nie zamierzała porzucać aktorstwa: "[...] w żadnych okolicznościach, w żadnej koniunkturze politycznej nie przerwę pracy w Teatrze Polskim - tłumaczyła Cyrankiewiczowi. - Ukochany, o którym Ci wspominałam, przed laty, zdradził mnie i to z byle kim. Praca natomiast dochowywała mi wierności, nawet po sześcioletniej przerwie. Dzięki niej stoję dziś na własnych nogach i jestem ludziom potrzebna".

Zastrzegła również, że małżeństwo musi pozostać bezdzietne, nigdy zresztą nie odczuwała potrzeby macierzyństwa. "Miałam zawsze wstręt do ciąży, za to jako aktorka bez przerwy rozmnażałam się psychicznie. Bo - jak mówi bohaterka mojej sztuki Lustro: 'Kiedy jest się naprawdę gwiazdą, to nie rodzi się dzieci, rodzi się role'. Kiedy urodziłam Marię Stuart, byłam tak zmęczona, że chyba poród fizyczny tyle by mnie nie kosztował. Role to są moje córki - piękne, szalone, mądre, głupie, różne. Ja ciągle czułam się jak w ciąży, więc jak mama powiedziała mi: 'Ty tylko urodź, ja wychowam, wszystkim się zajmę od pierwszych dni', odpowiedziałam: 'Przecież ja bez przerwy rodzę'. Mama spojrzała na mnie jak na osobę zdecydowanie pomyloną".

Madame Józef Cyrankiewicz? Nie ma mowy

Wbrew krążącym plotkom nie zażądała przed ślubem oddzielnej sypialni, chociaż doszło do tego w późniejszej fazie związku. Początkowo ich życie seksualne musiało układać się dobrze, albowiem narzeczony "udowodnił żarliwie i ponad wszelką wątpliwość, że jest o wiele lepszy od porucznika". Tłumaczył zresztą, że po "upiornej oświęcimskiej wstrzemięźliwości" nie wystarczy mu konwencjonalny miesiąc miodowy. A Iwaszkiewicz prosił nawet Ninę, aby "nie skrzywdziła Józia", a komu jak komu, ale panu Jarosławowi można było raczej wierzyć w sprawach męskiej wrażliwości.

Ślub odbył się w lipcu 1947 r. i od początku żona premiera zaczęła sprawiać problemy specjalistom od protokołu dyplomatycznego. Odmówiła używania wizytówek przedstawiających ją jako "Madame Józef Cyrankiewicz" (pani Józefowa Cyrankiewiczowa). Na potrzeby dyplomacji przyjęła nazwisko męża (Nina Andrycz-Cyrankiewicz), ale w życiu zawodowym posługiwała się wyłącznie własnym. Uważała, że na renomę długo pracowała i nie zamierzała jej stracić. Aktorstwo zawsze było dla niej na pierwszym miejscu.

Futro z norek od Stalina

Unikała oficjalnych wizyt u boku męża, podróżowała za granicę wyłącznie, gdy obowiązki zawodowe na to pozwalały. Razem odwiedzili Chiny, Tajlandię oraz dwukrotnie Indie. "W Indiach jeździliśmy na słoniu - relacjonował Zygmunt Broniarek. - Cyrankiewicz i pani Nina, pod palakinem, na samym grzebiecie słonia, a ja - gdzieś na jego pupie. 'Szpilki' miały ubaw, ponieważ po raz pierwszy w historii sprawdziło się fizycznie słynne powiedzenie 'Słoń a sprawa polska'. Zamieściły one na okładce karykaturę państwa Cyrankiewiczów na słoniu z takim właśnie podpisem".

Zaproszeń z Kremla jednak nie ignorowała. Stalin ją polubił i podczas pierwszej wizyty podarował wspaniałe futro z norek. Podobno nigdy go nie założyła i ubiór zjadły mole, co przypomina opowieści o paleniu marihuany bez zaciągania się. Ale z drugiej strony kto przy zdrowych zmysłach odmówiłby przyjęcia prezentu od Stalina?

Natomiast podczas innej wizyty pani premierowa niespodziewanie powróciła do Warszawy, aby wystąpić w teatrze. Wśród członków polskiej delegacji wzbudziło to prawdziwą panikę, tego dnia miała odbyć się uroczysta kolacja na Kremlu i przerażony Jakub Berman zemdlał. Tymczasem Stalin przyjął afront z filozoficznym spokojem i miał powiedzieć, że "ta kobieta musi lubić swoją pracę", co prezes Rady Ministrów skwapliwie potwierdził. Nie był to zresztą wyjątek.

Zgorszony ambasador pyta o żonę

"Zawsze ratował mnie teatr - mówiła w jednym z wywiadów. - Zresztą, teraz też chroni. Kiedy Szyfman przysłał depeszę do Chin: 'Proszę, wracać, nikt nie chodzi na dublerkę', wyraziłam przy kolacji tak dziką radość, że nasza delegacja osłupiała. Myśleli, że się tak cieszę z prezentów od Mao Tse-tunga. Józef strasznie się śmiał, nie pogniewał się". Wśród tych prezentów miały być piękne chińskie wazony. Kilka lat później cała stolica plotkowała, że podczas jakiejś kłótni domowej premier jednym z nich cisnął w żonę

Ninę męczył świat polityki, a szczególnie jego "obłuda, nieprawda, gadki o urojonej rzeczywistości". Czasami jednak jej obecność przydawała się, znała biegle język francuski i na dworze w Kambodży była dodatkową tłumaczką. Ale wielokrotnie zdarzały się sytuacje, kiedy premier podróżował samotnie, a zgorszony ambasador pytał go o żonę. I wówczas odpowiadał, że Nina gra w teatrze.

Społeczeństwo oburzone paryskimi kreacjami

W 1960 r. małżonkowie po raz drugi odwiedzili Indie. Tym razem o przygotowaniach do wizyty szeroko rozpisywała się polska prasa, informowano również, że kreacje dla pani premierowej szyte są przez najlepszych paryskich krawców. Wzbudziło to oburzenie społeczeństwa, egzystującego w skromnych warunkach. Na spotkaniach w zakładach pracy ostro atakowano rozrzutność, a do historii przeszła riposta Władysława Bieńkowskiego (byłego ministra i posła). Ten znany z ciętego języka publicysta miał uspokajać robotników stwierdzeniem, iż paryskie toalety pani Niny były tańszym wyjściem z sytuacji. Albowiem "gdyby Cyrankiewicz pojechał sam, to kosztowałoby nie mniej, bo kontakty z paniami na świecie drogo kosztują".

Józef przez wiele lat bywał na każdej premierze żony, a o scenie Teatru Polskiego mówił, że to jego najgroźniejszy rywal. Dzięki żonie poznał zresztą wielu twórców kultury, co zawsze mu imponowało. Elita władzy PRL praktycznie nigdy nie pozbyła się kompleksu parweniuszy i wysoko ceniła znajomości w kręgach artystycznych.

Cyrankiewicz i Andrycz należeli do stałych partnerów brydżowych Magdaleny Samozwaniec, zresztą premier lubił pozować na polityka z "ludzką twarzą", pomagając w miarę możliwości artystom. Te zresztą miał ogromne, w Polsce Ludowej w sprawach bytowych jego wola była właściwie obowiązującym prawem. Nie odmówił również pomocy wdowie po Witkacym, Jadwidze Witkiewiczowej (ciotecznej siostrze Samozwaniec). Podobno nakłonił go do tego inny były więzień Oświęcimia - Xawery Dunikowski

Premier z ludzką twarzą

Witkiewiczowa przewlekle chorowała, nie miała mieszkania i środków do życia. Utwory męża nie pojawiały się w repertuarze teatrów, a obrazy nie cieszyły się jeszcze popularnością. Na polecenie szefa rządu dostała rentę, a rok później przydzielono jej małą kawalerkę. A premier koniecznie chciał poznać wdowę po Witkacym.

"Zapowiedział swoją wizytę - wspominała Halina Leszczyńska - przez Dunikowskiego i odwiedził ją kiedyś na Kruczej. A ona owszem, podziękowała mu za rentę oraz mieszkanie, zachowywała się uprzejmie, ale z godnością, właściwie nawet z wyniosłością. Bez uniżoności, komplementów czy próśb, choć namawialiśmy - taka okazja! [...] wyraźnie go zafascynowała, bo faktycznie prezentowała się witkacowsko - prawdziwa, rasowa dama, zaciągająca się papierosem w długiej lufce, wspominająca stryja Wojciecha Kossaka, w ekstrawaganckim wtedy, pochodzącym z paczki 'ciuchowym' komplecie - długiej bluzie i spodniach".

Cyrankiewicz załatwił również mieszkanie Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu, który źle znosił klimat Szczecina. Wystarczyło jedno słowo polityka i rodzina poety otrzymała trzypokojowy lokal w alei Róż, aby później przeprowadzić się do większego mieszkania w tej samej kamienicy. Do premiera udały się również Alina Janowska i Danuta Szaflarska, z prośbą o załatwienie mieszkania w stolicy dla choreografki Joanny Mieczyńskiej:

"Ledwie weszłyśmy do gabinetu - wspominała Janowska - z petycją podpisaną przez wielu byłych uczniów pani Profesor, ledwie usiadłyśmy na wskazanych przez premiera fotelach, a mój rozpadł się na części pierwsze. Wylądowałam na podłodze. Chcąc jednak zbagatelizować niezręczną sytuację, w jakiej znalazł się gospodarz, rzuciłam: jaki pan, taki kram. Moja puenta tak się Cyrankiewiczowi spodobała, że mogłyśmy być z Danką spokojne, iż pani profesor Janina Mieczyńska spędzi ostatnie lata życia w Warszawie. Spędziła!". Zapewne na skuteczność interwencji miała wpływ również słabość Cyrankiewicza do Danuty Szaflarskiej.

Premier załatwia role królowych?

Małżeństwo Niny z premierem musiało wywoływać plotki w środowisku teatralnym. Aktorce zarzucano, że jej pozycja jest efektem stanowiska męża i że dzięki temu obsadzana była w rolach koronowanych głów. Albowiem tylko takie kreacje miały zaspokajać jej rozbuchane ambicje.

"Dziennikarze często pytali mnie, w jaki sposób udało mi się zgromadzić na koncie aż taką ilość koronowanych głów, i myśleli, że ja sama sugerowałam takie role, że tylko takie chciałam grać. A to nieprawda. Wszystkie moje królewskie role przynosiły teatrowi dochód, więc dostawałam następne do grania. Prywatnie nie grałam wielkiej damy, bo zawsze oddzielałam scenę od rzeczywistości, która w tamtych latach była bardzo uboga, wręcz tragiczna".

Inna sprawa, że jak mało która polska aktorka do takich ról się nadawała. Miała wspaniałą prezencję, wydawało się wręcz, że urodziła się w pobliżu tronu. Jeszcze przed wojną otrzymała tytuł królowej mody i elegancji, który wyjątkowo ceniła, albowiem warszawskie sklepy "dawały jej na raty wszystko, czego zapragnęła".

Zła recenzja? Przychodzą tajniacy

Zarzuty jednak pozostały. Uważano, że zniszczyła karierę Irenie Eichlerównie, atakowanej za manieryczność i która faktycznie do 1956 r. rzadko pojawiała się na scenie. Twierdzono, że sama Nina wybierała sobie role, a właściwie ustalała obsadę przedstawień, wykorzystując do tego swoją pozycję żony premiera. Inna sprawa, że Eichlerówna w Teatrze Telewizji zaczęła się pojawiać dopiero, gdy małżeństwo Andrycz z Cyrankiewiczem przestało funkcjonować.

Podobno o aktorstwie artystki nie wypadało pisać źle, o czym osobiście przekonał się Janusz Głowacki. Jako student polonistyki przygotowywał recenzje dla Polskiego Radia i ośmielił się skrytykować żonę premiera: "Kiedyś napisałem coś złośliwego o Ninie Andrycz w sztuce Eugene'a O'Neilla 'Pożądanie w cieniu wiązów'. No, co będę mówił, wyobrażacie sobie, jak pani Nina zagrała prostą amerykańską farmerkę. Pani Nina była wtedy żoną premiera Cyrankiewicza, no i przyszli do radia jacyś dwaj tajniacy [...] czy coś tam. Ale szefową redakcji była Janina Titkow, matka reżysera Andrzeja Titkowa i żona byłego sekretarza KW. I mnie jakoś wybroniła. 'Warszawka' sztukę O'Neilla w związku z rolą pani Niny przemianowała na 'Powiązanie w cieniu rządów'".

W alei Róż wśród elit

Dwa lata po ślubie Nina z mężem zamieszkali przy alei Róż 8, w ponadstusiedemdziesięciometrowym apartamencie. Była to ulica elity, mieszkania przydzielano tam dygnitarzom i literatom. W kamienicy pod numerem 6 Gałczyński sąsiadował przez ścianę z Władysławem Broniewskim, mieszkania na parterze zajął później Antoni Słonimski, a na górze mieszkał Leon Kruczkowski. Nie mogło zabraknąć Jerzego Borejszy, Sokorskiego czy Stefana Żółkiewskiego. Ulica była cicha i spokojna, w pobliżu był Belweder, Komitet Centralny i Urząd Rady Ministrów, a nieodległa Dolina Szwajcarska zapewniała dobre miejsce do spacerów.

Czasami obecność bohemy literackiej miała jednak swoje złe strony. Podobno pewnego dnia do drzwi apartamentu Cyrankiewiczów zapukał Gałczyński, przedstawił się i zapytał, gdzie jest łazienka. Skierowany tam przez Andrycz rozebrał się i z całym spokojem wszedł do wanny. A wychodząc, powiedział przerażonej Ninie, że zawsze chciał się wykąpać w wannie premiera. W mieszkaniu przy alei Róż aktorka mieszkała nawet po rozwodzie z Cyrankiewiczem. Były mąż przeniósł się pod siódemkę, natomiast odradzał byłej żonie wykupienie lokalu na własność. Podobno mawiał z uśmiechem, że tak wybitnej artystce jak ona stolica zawsze zapewni mieszkanie. Ten były socjalista po prostu wierzył w trwałość komunizmu w Polsce.

Ich małżeństwo nigdy nie przypominało związków dygnitarzy PRL, a pani Andrycz-Cyrankiewicz zdecydowanie odróżniała się od żon elity władzy. Premier miał jednak chyba nadzieję, że kiedyś chociaż częściowo wygra rywalizację ze sceną. Tęsknił do ogniska domowego, chciał mieć dzieci. Nie było to jednak możliwe przy trybie życia żony, która rano miała próbę, a wieczorem spektakl, po którym była zmęczona.

Dwukrotnie zachodziła w ciążę, za każdym razem dokonując jednak aborcji. I to ich małżeństwu zadało cios ostateczny. "Jak za drugim razem szłam na zabieg - wspominała Nina - moja mama się popłakała. Tłumaczyła mi: 'Nie rób tego drugi raz. Z pierwszym zabiegiem się pogodził, ale drugiego ci nie daruje, bo pokazujesz, że ci na nim nie zależy'".

Sceny z życia premiera

Pierwsze lata ich małżeństwa przypadły na wyjątkowe czasy dla polskich socjalistów. Komuniści szykowali się do likwidacji PPS, inwigilowano premiera, w jego mieszkaniu założono nawet podsłuch. Podobno przygotowywano jego aresztowanie, miał go spotkać los Gomułki i Mariana Spychalskiego.

Andrycz wspominała, że mąż gryzł się z planami "zjednoczenia" PPR i PPS. Nikt nie lubi być grabarzem własnej partii, ale Nina starała się go uspokoić. Zauważyła, że jeżeli "chce wyskoczyć przez okno, dobrze, popchnie go, ale cała PPS nie wyskoczy, jest odpowiedzialny za kilkuset ludzi". I tak się stało, w grudniu 1948 r. na zjeździe zjednoczeniowym na Politechnice Warszawskiej powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.

"[...] Cyrankiewicz, odchodząc od PPS-owskiego socjalizmu - uważał Włodzimierz Sokorski - komunistą nigdy się nie stał. Był jeszcze jedną ofiarą Stalina, który mu po wojnie obiecał istnienie PPS, lecz obietnicy nie dotrzymał, i Cyrankiewicza zmuszono, by kopał grób dla własnej partii. Robił to zresztą nie na tych warunkach, które ustalał z Gomułką, lecz na podyktowanych przez Bieruta i Bermana". Dla premiera był to kolejny cios. Wcześniej uważano go za oportunistę, który za cenę wygodnego życia zgodził się na współpracę z komunistami, a teraz zarzucano mu zdradę.

Ratował się wódką i przygodami

"[...] nie stronił od alkoholu - kontynuował Sokorski - choć nie ujawniał tego publicznie. Pił w swoim towarzystwie i wówczas niejednokrotnie przyznawał się do tego, że jest kolaborantem i pozostaje w PZPR dlatego, by ratować nie tylko własną głowę, ale i resztki zdrowego rozsądku".

Alkohol zaczął jednak w jego życiu odgrywać coraz większą rolę. Na zachowanych zdjęciach i nagraniach filmowych widać było, jak zmieniał się jego wygląd. Nabierał wagi, twarz mu nabrzmiała, to nie był już ten przystojny mężczyzna ze schyłku lat 40. "Ratował się wódką - uważał Sokorski - i przygodami damsko-męskimi i samochodowym hobby. Uciekał nawet przed gorylami do swoich 'pokrzywek', gdyż zawsze je wolał od dam z towarzystwa".

Opowiadano o wielu kobietach, z którymi był związany, a jedna z najgłośniejszych plotek w czasach PRL łączyła jego osobę z Ireną Dziedzic. Premier zaprzeczał, ale niektórzy zadawali pytanie, w jaki sposób możliwa była błyskawiczna kariera nikomu nieznanej dziennikarki z Kołomyi? Pomógł jej na pewno związek z prezenterem telewizyjnym Janem Suzinem, ale czy na pewno tylko on?

"Ale za to - uważał Józef Światło - pan premier uległ innym czarom. Kiedy skończył się czar Danuty Szaflarskiej i młodej Czajkowskiej, premier zaczął regularnie chodzić do sklepu z kwiatami na rogu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Pracowała tam z mężem kształtna blondynka dwudziestokilkuletnia. Pracowała tak długo, dopóki towarzysz Cyrankiewicz nie zakochał się w kwiatach i nie czynił codziennie większych zakupów. Wtedy młoda asystentka sklepowa przestała nagle pracować. Okazało się, że nie można pogodzić pracy w sklepie z kojeniem znojnych trudów premiera".

Budują wiadukt dla premiera

Cyrankiewicz zaszywał się w ośrodkach rządowych, a na weekendy często uciekał do podwarszawskiego Jadwisina. Z jego wyprawami za miasto wiąże się sprawa budowy wiaduktu nad linią kolejową w Legionowie. Wprawdzie w latach 60. ruch samochodowy był niewielki, ale permanentnie zamknięty przejazd kolejowy był prawdziwym postrachem miejscowych kierowców.

Świadkiem historycznej (dla okolicznej ludności) chwili był ówczesny mieszkaniec Legionowa Jacek Iwaszkiewicz: "Przed szlabanem, z obu stron, nazbierało się już kilkanaście pojazdów samochodowych i ja z moim WSK. Wtedy nadjechał ON. Jak zwykle bez żadnej asysty, czarnym Mercedesem, w kapeluszu na łysej głowie.

Pędził do swej letniej rezydencji w Jadwisinie. Był rozpoznawalny i powszechnie znany z niekonwencjonalnych zachowań. Podjechał lewym pasem pod sam szlaban, omijając kolejkę stojących karnie samochodów. Wysiadając z mercedesa, zdjął kapelusz i machając do dróżnika wołał 'otwierajcie, dziadku, bardzo się śpieszę'. Dróżnik siedział pod swoją budką i nie reagował. Premier Cyrankiewicz, zirytowany brakiem reakcji urzędnika państwowego na służbie, podniesionym głosem zapytał, czy dziadek wie, z kim ma okazję rozmawiać. Stary kolejarz flegmatycznie odpowiedział: 'Nawet Premier nie ma prawa rozkazywać kolei. Jak zadzwonią telefonem, że może otwierać, to otworzy, a jak nie zadzwonią, to nie otworzy. Trzeba czekać'.

Odpowiedź dróżnika najwyraźniej zamurowała Dygnitarza i aby ratować nadwyrężony autorytet Władzy, zwrócił się do stojących blisko kierowców i zapowiedział, że nastąpi koniec bałaganu komunikacyjnego na zegrzyńskiej szosie i za trzy miesiące od tej chwili rozpocznie się budowa wiaduktu nad torami. Nikt w to wtedy nie wierzył, bo nie takie obietnice wysłuchiwał Naród od Władzy, ale żebym nie był 'naocznym i nausznym' świadkiem tej zapowiedzi, rzeczywiście, po trzech miesiącach nastąpił cud i PRK-7 przystąpiła do budowy wiaduktu.

Było to pospieszne projektowanie i popełniono karygodne błędy statyczne (zbyt małe stopy fundamentowe słupów), ale budowa ruszyła, ze Szwecji sprowadzono strunobetonowe elementy i wiadukt szybko powstał, jak to obiecał premier [...]". Nic dziwnego, że przez lata nazywano budowlę "wiaduktem Cyrankiewicza". Używana była zresztą jeszcze kilka lat temu, dopiero niedawno wybudowano nową konstrukcję.

Kawior, łosoś, francuski koniak

Premier lubił szczególnie rezydencję w Łańsku na Mazurach i zasłynął z organizowanych tam wykwintnych imprez. Na stołach pojawiał się kawior, łosoś, francuski koniak. Wprawdzie Andrycz twierdziła, że premier "jadł bardzo skromnie, lubił zwykłą polską kuchnię, bigos, śledzia, żadnych cudów, żadnych szampanów", ale nie było to prawdą. Był sybarytą i nawet przemawiając w Sejmie, popijał tonik Schweppesa, co w czasach siermiężnego komunizmu było wyrafinowanym luksusem. A kiedy podczas jednego z przyjęć w Łańsku zameldowano mu, że niebawem w ośrodku pojawi się Władysław Gomułka, zareagował natychmiast. Ze stołów zniknęły zagraniczne specjały, a w zamian pojawiły się kaszanka, ser i kawa zbożowa. I sekretarz był, jak wiadomo, ascetą i nie znosił żadnego luksusu.

"[...] to był premier bardzo dla mnie wygodny - miał powiedzieć Gomułka. - No, widzicie, już przez to, że on miał kartotekę obciążoną tym, że chce te ręce ucinać, to można go było łatwo wykończyć przy lada okazji. [...] Tak jak w niektórych krajach, tak samo u nas [...] władza miała swego Cyrankiewicza. Zawsze są ludzie, którzy są tylko kukłami i w ten sposób są potrzebni rzeczywistej władzy".

W odróżnieniu od Gomułki premier nie stwarzał dystansu w kontaktach z otoczeniem. Mieczysław Rakowski mile wspominał wspólny wyjazd z delegacją do Moskwy u schyłku lat 50.: "Bardzo miły, uprzejmy, nie napuszony. Nie bił z niego majestat władzy. Często zachodził do naszego wagonu, rozmawiał o d... Maryni. Po prostu fajny facet. Niektórzy pepesowcy zdecydowanie odbijają poziomem, ogładą towarzyską od peperowców i kapepowców [...]".

"Jest z gruntu amoralny"

Pasją szefa rządu były samochody. Początkowo jeździł ZIS-em 110. Jerzy W. Borejsza (syn Jerzego) wspominał wypady za miasto, kiedy premier pędził Wałem Miedzeszyńskim z zawrotną wówczas prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę. Potem ZIS-a zastąpiły kolejne modele mercedesów, które osobiście prowadził. Nie lubił być pasażerem, kochał kierownicę i szybką jazdę.

Ludzie związani z legalną opozycją PRL towarzysza Józefa jednak nie lubili. Woleli Gomułkę, a premiera uważali za cynika. "Nie ufam Cyrankiewiczowi - notował w swoim Dzienniku Jerzy Zawieyski. - Jest z gruntu amoralny. Dziś taki, jutro może być inny. Wszystko mu jedno. Zdaje się, że najważniejsze dla niego to władza i wszelkie stąd wynikające słodycze życia".

Społeczeństwo darzyło go jednak względną sympatią, chyba jako jedynego z ówczesnej elity władzy. Trafnie podsumował to Stefan Kisielewski: "Ta postać ma swoje podłoże cyniczne, bo polityk tego rodzaju musi być cynikiem. Ale stara się jakoś wypłynąć tak, żeby Polacy go lubili. Nie powiem - kochali - ale żeby go nie powiesili, jak dojdzie co do czego".

Niedyskrecje uciekiniera

Od obrazu kreślonego we wspomnieniach Niny Andrycz zdecydowanie odbiega relacja Józefa Światły. Wprawdzie pewien jej procent był zwykłą propagandą, ale opinie uciekiniera na temat żony premiera warto jednak przedstawić.

Wiadomo, że losy państwa Cyrankiewiczów - twierdził Światło - od chwili zawarcia związku ślubnego między premierem i Niną Andryczówną układały się rozmaicie. Upodobania pani [...] wahały się między byłym ambasadorem sowieckim w Warszawie Lebiediewem, marszałkiem Rokossowskim i często pomniejszymi dygnitarzami. W okresie, kiedy akcje marszałka stały wysoko, państwo Cyrankiewiczowie wyjeżdżali na wypoczynek do jego kwatery głównej w Legnicy, jeszcze przed objęciem przez niego marszałkostwa. Bo tuż pod Legnicą znajduje się zameczek myśliwski, w którym tego rodzaju polsko-sowieckie kontakty towarzyskie rozwijały się jak najlepiej".

Relacja Światły dotyczyła pierwszych lat małżeństwa aktorki, były wicedyrektor X Departamentu MBP zbiegł na zachód w grudniu 1953 r. Z jego wypowiedzi wynika, że artystka nie unikała wówczas przyjemności, płynących z przynależności do klanu rządzących Polską. Szczególne zdziwienie wzbudzają jej wizyty z mężem w Legnicy, w kwaterze głównej Północnej Grupy Wojsk Armii Czerwonej. Podobno przyciągało tam Cyrankiewiczów "wspaniałe kasyno oficerskie, zainstalowane w odnowionych salach starego piastowskiego zamku" oraz "wytworny zameczek myśliwski". Obiekt stanowił miejsce eleganckich "spotkań wyższych oficerów Armii Czerwonej" oraz tych "polskich dygnitarzy, których los obdarzył strojnymi i przystojnymi żonami".

Rozrywki premierostwa

Premierostwo mieli pojawić się tam po raz pierwszy w 1952 r., co stawia relację Światły pod poważnym znakiem zapytania. Rokossowski został marszałkiem Polski w 1949 r., a zatem małżonkowie nie mogli tam bywać "jeszcze przed objęciem marszałkostwa". Chyba że uciekinierowi poplątały się szarże Rokossowskiego, który od 1944 r. był przecież marszałkiem ZSRR. Nie zmienia to jednak faktu, iz relacja jest bardzo interesująca:

"W owym czasie inny gość, poseł albański w Warszawie Petro Paki, pobił nawet czar państwa Cyrankiewiczów, bo zjawił się [w Legnicy - S.K.] z dwiema żonami. Sztabowcy sowieccy bardzo sobie ten sezon myśliwski chwalili. Chwalił sobie i marszałek Rokossowski, który uległ czarowi pani Niny Cyrankiewicz".

Wizyty w Legnicy nie były jedynymi krajowymi eskapadami pani premierowej. Chętnie odwiedzała również willę w Jelitkowie, znajdującą się w gestii Rady Ministrów. Podobno często jeździła tam nawet bez męża. "Piękny pałac otoczony ogrodem - opowiadał Światło - opasany wysokim murem. Od strony morza również ogrodzona i strzeżona plaża do wyłącznego użytku znakomitych gości. Służbę ochronną w pałacu pełniła specjalna jednostka K[orpusu] B[ezpieczeństwa] W[ewnętrznego], elegancko wyposażona w mundury z doskonałej gabaryny. [...] W tym to pałacyku przygrywa gościom do posiłków orkiestra Szkoły Specjalistów Morskich z Ustki".

W takim miejscu jadłospis musiał być wykwintny, podobnie jak wystrój sali i toalety gości: "Wytwornie nakryte stoły, stosy papierosów amerykańskich, pudła najlepszych czekoladek rozłożonych wszędzie. Obowiązuje strój bardzo formalny - to znaczy wieczorowe najczęściej toalety, błyszcząca biżuteria. Wśród rozochoconych i podchmielonych gości kręci się zawsze po sali wielu ugrzecznionych cywilów, którzy nie spuszczają orkiestry z oka. Zjawiają się zawsze jak spod ziemi, ilekroć zachodzi możliwość, że któryś z członków orkiestry będzie się starał nawiązać bliższy kontakt z gośćmi. To agenci UB, którzy równocześnie dbają o to, aby informacje o zbytku panującym w Jelitkowie nie przedostały się na zewnątrz".

Relację Światły w pośredni sposób potwierdziła osobiście sama Andrycz. Kiedy w ramach trasy promocyjnej książki "Bez początku, bez końca" zawitała do Trójmiasta, jej wieczór autorski odbył się w Muzeum Sopotu mieszczącym się w dawnej willi rządowej. Pani Nina wspominała czasy, gdy po kąpieli w lodowatym Bałtyku "ratowała się koniakiem w towarzystwie męża". Zachowały się również zdjęcia dokumentujące jej wizyty, ale bliższych szczegółów nie zdradziła nikomu

Druga aborcja i koniec małżeństwa

Druga aborcja zadecydowała o rozpadzie małżeństwa. Chociaż związek oficjalnie trwał, to dla wszystkich stało się jasne, że pozostawał fikcją. Cyrankiewicz miał jednak już chyba dość przygód i na trwałe związał się z Krystyną Tempską - lekarzem reumatologiem. Kolejna partnerka była nieprzeciętną osobowością, wybitnym specjalistą, organizatorką walki z chorobami kości. Premier planował rozwód z Niną i nowe małżeństwo, ale zaprotestował Gomułka. Uważał on, że od prezesa Rady Ministrów należy oczekiwać przykładu dla społeczeństwa, a nie trzech ślubów w życiorysie. Ale szef rządu potrafił czekać i w odpowiedniej chwili zaszachował I sekretarza. Po wypadkach marcowych 1968 r. towarzysz Wiesław miał poważniejsze zmartwienia na głowie i ustąpił przed szantażem. Prezes Rady Ministrów groził dymisją, co w gorącym politycznie okresie mogło mieć niewyobrażalne konsekwencje.

Inna sprawa, że wysunięcie w takim momencie na plan pierwszy spraw prywatnych ostatecznie określiło postawę polityczną Cyrankiewicza. Był już chyba zmęczony swoim premierowaniem i dążył do osobistego szczęścia. Wiedział, ze Gomułka nie ma innego kandydata, co bez skrupułów wykorzystał.

Ten nie oponował i w czerwcu 1968 r. premier poślubił Krystynę. Wybranka miała trójkę dzieci z poprzedniego małżeństwa i potrafiła stworzyć rodzinny klimat, którego premierowi wcześniej brakowało. Z upływem lat, podobnie jak większość mężczyzn, odczuwał potrzebę stabilizacji, zbliżał się zresztą do sześćdziesiątki i wrażeń już nie szukał. A nowa miłość w odróżnieniu od Niny z reguły znajdowała czas, aby towarzyszyć mężowi. "Kochał bardzo - wspominał Władysław Barcikowski - swą trzecią żonę i jej rodzinę. Była to dla niego wymarzona rodzina, której zawsze bardzo pragnął. Czuł się w niej szczęśliwy".

Rozwód bez problemów, ale z obietnicą milczenia

Rozwód Andrycz z Józefem odbył się bez większych problemów. Premier zostawił byłej żonie mieszkanie, zastrzegł jednak, że nie życzy sobie, aby kiedykolwiek wypowiadała się na temat ich wspólnego życia. I artystka faktycznie przez wiele lat milczała, informując ciekawskich, że były mąż mieszka po sąsiedzku i ma dobry słuch.

Pani Nina zawsze twierdziła, że niczego nie żałuje, była dumna, iż poświęciła się scenie i Teatrowi Polskiemu. Niewiele natomiast grała w filmach, częściej można było ją oglądać w Teatrze Telewizji. Zadebiutowała również jako poetka, a o jej wierszach pochlebnie wypowiadał się sam Iwaszkiewicz.

[...] aktorstwo nie znosi rywalizacji - mówiła - dlatego pakowałam do szuflad niezliczone wiersze, prozę, pamiętniki itd. Gdy minęłam lat południe, wzięłam się na odwagę i pojechałam do Jarosława Iwaszkiewicza. Wybitny pisarz przeczytał i powiedział: 'Masz w tej chwili wybrać się do Czytelnika i powołać się na mnie. To są bardzo dobre wiersze. Jak chcesz, mogę ci napisać przedmowę'".

Andrycz nie chciała jednak, żeby pisał ją dla Solange, wobec czego przedmowę przygotował Klemens Górski. Pierwszy tomik wydano w nakładzie aż dziesięciu tysięcy egzemplarzy, a pozytywnie wypowiadali się o nim Ewa Lipska i ksiądz Jan Twardowski. Ukazało się również kilka następnych.

Fragment pochodzi z książki Sławomira Kopra "Kobiety władzy PRL", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚWIATOWID Strona Główna -> Zatrzymać się w biegu ... forum bardziej ... refleksyjne Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin