Forum ŚWIATOWID Strona Główna ŚWIATOWID
czyli ... obserwator różnych stron życia
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Filmowe kuglarstwo Andrzeja Wajdy

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚWIATOWID Strona Główna -> "Moja prawda, Twoja prawda i g.... prawda " :)
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
w51
Administrator


Dołączył: 23 Maj 2007
Posty: 5481
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gliwice

PostWysłany: Wto 20:23, 14 Sie 2012    Temat postu: Filmowe kuglarstwo Andrzeja Wajdy

Z Salonu24

W kolejnych filmach Andrzeja Wajdy widać ten sam trop intencji historiozoficznej – to ciągła krytyka polskiego „szaleństwa” dążeń wolnościowych i narodowościowych. Posunięta czasem do granic: w filmie „Lotna” polscy ułani jak idioci walą szablami w niemieckie czołgi; w „Kanale” powstańcy dosłownie i moralnie nurzają się w szambie; w „Popiele i diamencie” patrioci z AK stają się mordercami, których do zbrodni pcha fatalizm wynikający z ich mentalnego skrzywienia. Jakby polskość była chorobą. Z której należy się leczyć.

W listopadzie 1900 r. w drzwiach bronowickiej chaty stał ubrany w czarny surdut anglez milczący człowiek. Stanisław Wyspiański. Nie pił, nie odzywał się, nie tańczył. Obserwował. A potem w niecałe trzy miesiące napisał jeden z największych dramatów w historii polskiej literatury.

Braliśta pieniążek moskiewski

Już w marcu 1901 r. „Wesele” wystawiono na deskach Teatru Miejskiego w Krakowie. Gdy po ostatnim akcie opuszczono kurtynę, stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Zapadła cisza. Nawet jedna para rąk nie uniosła się do oklasków. Nie dlatego, że sztuka się nie podobała. Co prawda, niektórzy luminarze kultury, oburzeni na ostrość sądów o postawie elit, wyszli już w trakcie przedstawienia, jednak… Cisza ta wynikała z głębokiego wrażenia, jakie dramat wywarł na widzach. Wyspiański wbił słowami sztylet prosto w zasłonę osłaniającą polską duszę, rozdarł ten ciasno zawinięty kokon i dotknął strun najwrażliwszych.

„Braliśta pieniążek moskiewski” – słuchał dręczony wyrzutami sumienia targowiczanin Branicki; Stańczyk wręczał dziennikarzowi kaduceusz rządów dusz; a Wernyhora nakazywał walkę, dając Gospodarzowi symboliczny róg. Wielki finał działał jak seans hipnotyzera – weselnicy na kolanach zastygli niczym posągi z kosami w dłoniach, chocholi taniec, zaczarowane spojrzenia utkwione w dziki spektakl wyobraźni spływający z chmur, sen w obliczu wyzwań historii, gdy śniona Niepodległość mogłaby być w zasięgu ręki...

A wszystko to opisane było mistrzowskim słowem, genialnym rytmem, wirtuozowskim tempem i dramaturgią. Na premierze, po owej długiej chwili milczenia, zerwała się burza oklasków. W ten jeden wieczór „polska szopka” Wyspiańskiego zmieniła oblicze narodowego teatru, a w naszej kulturze zainspirowała do kolejnych adaptacji, odniesień i nawiązań wielu przyszłych twórców.

Plucie na Polskę, czyli krzyż symbolem nienawiści

Jednak żaden z nich nie wrył się w zbiorową wyobraźnię polską tak silnie, jak Andrzej Wajda i jego ekranizacja „Wesela” z 1973 r. Reżyser całą serią filmów tzw. szkoły polskiej zapracował na formalną apoteozę i wyniesienie do panteonu największych naszych artystów, od samego zaś początku cieszył się i cieszy do dzisiaj niezmienną sympatią władzy. Światowa sława, a nawet Oscar za całokształt twórczości, ugruntowały mocne podstawy pomnika wajdowskiego. Zapewne umacnianiu tej właśnie sławy oraz wizerunku intelektualisty o wymiarze europejskim mają służyć takie wypowiedzi jak te ostatnie na Uniwersytecie Warszawskim, skierowane do studentów z Moskwy i Petersburga. Przytoczyła je „Codzienna”: „Nigdy w Polsce nie widziałem takiej nienawiści między ugrupowaniami politycznymi, takiego jadu i głupoty”, „Pamiętam ciężkie czasy PRL-u, gdy nasi koledzy mieli czerwone legitymacje. Uważali, że właśnie tą drogą zdziałają więcej dla słusznej sprawy. Rozumieliśmy to. A tu nagle się okazuje, że krzyż, który powinien być symbolem pojednania, stał się symbolem haniebnej nienawiści”.

Jeśli kogoś takie słowa dziwią, jeśli ktoś zastanawia się, jak to jest możliwe, że polski twórca światowego formatu, który jest uznawany za ikonę nadwiślańskiego kina, mówi tak źle o Polsce i Polakach do przyszłych rosyjskich elit intelektualnych, to widocznie dał się wcześniej złapać na haczyk „wzruszającej, romantycznej po trochu, wizji Polski”, jaka miała się wyłaniać z artystycznej działalności Wajdy.

Ta wizja to fałsz. Zabieg, który w istocie ma polską tradycję romantyczną wyszydzić. Filmy „Mistrza” układają się w zadziwiający szereg scen, w których reżyser dotyka raz po raz ważnych dla narodu kwestii – od Powstania Warszawskiego po Katyń czy mit Solidarności. Tworzy tym samym ciąg wypowiedzi artystycznych, które – jak w „Weselu” Wyspiańskiego – mają się złożyć w jedno dzieło będące „kalejdoskopem polskim”. Jednak pierwowzór Wyspiańskiego to utwór głęboko patriotyczny, choć nieunikający ostrego spojrzenia na nasze narodowe wady. Jaki natomiast ton nadaje swojemu operi magno Andrzej Wajda? Jaki wymiar ukryty jest pod często zgrabną, a czasami wręcz mistrzowską formą filmowego opowiadania?

Wajda w czasie warszawskiego spotkania z rosyjskimi żakami nie po raz pierwszy zwrócił się do cudzoziemców, szkalując Polaków oraz polskie tradycje narodowe, wyzwoleńcze i patriotyczne…

Marksistowska „Ziemia obiecana”

Doskonale obrazują to fragmenty wypowiedzi oraz dokumenty, do których w czasie drobiazgowej kwerendy dotarł Piotr Włodarski i upublicznił w książce pt. „Pan Andrzej”. Została ona zepchnięta – z powodów oczywistych – w niebyt medialny. Tymczasem przynosi materiał niezwykły.

Oto na przykład korespondencja Wajdy z redaktorem radzieckiej gazety, z roku 1958, związana z odpowiedzią na ankietę. Mistrz wypowiada się w sprawie negatywnych opinii, jakie film „Kanał” zebrał na festiwalu w Karlovych Varach: „Oskarżany byłem o nihilizm, skrajny pesymizm, pogardzanie bohaterstwem. Te same jednak zarzuty słyszałem od reakcyjnie nastawionych ludzi w kraju, którzy z powstania warszawskiego zrobili świętość. (…) Powstanie politycznie było obłędem, a militarnie szaleństwem. Cóż mogło z tego wyniknąć. Obłęd i szaleństwo zabijają bohaterów mego filmu w kanałach, na dnie rozpaczy, bez sensu i potrzeby”.

„Kanał” wpisał się doskonale w propagandowy zamysł – który mówił, że z szeregowych powstańców nie należy drwić, ale za to pokazywać trzeba upiorny bezsens powstania i rozprawić się z szalonym, zbrodniczym dowództwem AK. W broszurce wydanej tuż po wojnie pt. „Powstanie Warszawskie, fakty i dokumenty” poza kłamstwami o „pomocy lotnictwa radzieckiego” znalazły się także rozdziały o wiele mówiących tytułach: „Zdradziecka kapitulacja dowództwa AK” czy „Naród potępia zdrajców z dowództwa AK”. Ten ferment intelektualny, to zachwianie zasianego w polskich duszach pięknego mitu powstańczego był od początku narzędziem socjotechniki historycznej. Narzędziem, które okazało się skuteczne już wtedy, ale w pewnym sensie zbiera owoce także teraz. Andrzej Wajda w „Kanale” zupełnie świadomie stał się artystycznym wykonawcą propagandowych zamierzeń władzy. Film był przecież doskonałym środkiem kształtowania umysłów wedle orwellowskich zasad, budowania fałszywych przekonań, które zostają w duszach jak działający z opóźnieniem jad. Niekiedy opóźnieniem wieloletnim.

„Popiół i diament”, kolejne dzieło Wajdy, wywołało dyskusję w polskiej prasie. Organizowano ankiety wśród czytelników, aby jasno i wyraźnie ustalić, kto budzi sympatię, a kto nie. I czy są jakieś racje moralne po stronie Maćka Chełmickiego. Czy też słusznie ginie on na „śmietniku historii”...

W Zurychu po pokazie filmu w październiku 1959 r. ukazała się recenzja w piśmie „Neue Zürcher Zeitung”. W jej zakończeniu autor pisze tak (cyt. za P. Włodarskim): „Tacy artyści, jak Andrzej Wajda – a jest to bezsprzecznie zdolny artysta – bez względu na to, czy zdają sobie sprawę, czy nie, są emisariuszami zręcznie działającego systemu Chruszczowa, wysyłanymi na Zachód jako pułapka dla głupców. Partia prowadzi ich na smyczy, nawet wtedy gdy im się użycza trochę wariackiego urlopu; gdy go jednak nadużywają, gwizdem przywołuje się ich w odpowiednim momencie do porządku. Ci młodzi ludzie, którzy stoją do dyspozycji elastyczniejszego obecnie systemu propagandy Związku Radzieckiego, są – właśnie dzięki tej giętkości i pozornej artystycznej wolności – bardziej niebezpieczni niż nudni i ciężcy bardowie Żdanowa. Wystarczy obejrzeć film Wajdy, aby się o tym przekonać. Aby się móc im przeciwstawić, należy ich poznać. Dla dobra Zachodu”.

To genialna diagnoza tego, kim stał się Wajda. Prawdziwym prestidigitatorem ekranu, który z doskonałą sprawnością warsztatową potrafił filmową sztukę zamienić w cyrkową filmową sztuczkę. Widzowie nabrani na trick iluzjonisty patrzą, jak z rękawa wychodzi gołąb. Biją brawo. Podobnie widzowie filmów Wajdy – widzą gołębia, dają się uwieść dobrej formie opowiadania. I nie widzą już, jaka treść jest schowana w rękawie.

Tak jak dzieje się to w świetnym filmie pt. „Ziemia obiecana”. Pod doskonałą formą artystyczną ukryta jest nachalna propaganda marksistowska. Wajdę pyta o to w miesięczniku „Mówią Wieki” (1986) Stefan Meller: „Z książki o silnej wymowie narodowej, nawet nacjonalistycznej, zrobił Pan film o wymowie dokładnie odwrotnej. Przesunął Pan, krótko mówiąc, punkt ciężkości z prawa na lewo. Z pozycji lewicowych, ewidentnie lewicowych, polemizował Pan z prawicową, fragmentami, wymową dzieła Reymonta na terenie jego własnej powieści. No daj Boże zdrowie! Czysta historiozofia i polityka!”. Reżyser wyjaśnia ten sposób opowiadania wrażliwością twórcy: „Tematem filmu musiała się stać niesprawiedliwość społeczna. Do dziś Łódź budzi we mnie to samo uczucie”. A za chwilę dodaje: „Wiecie panowie, ja chciałem do filmu wprowadzić »Manifest Komunistyczny», bo ten czas, kiedy on zaczynał być w Polsce szerzej znany, ale nie miałem pomysłu na ufilmowienie »Manifestu» i żałuję, że tego nie zrobiłem”.

Wściekłość za marsze na Krakowskim Przedmieściu

Gdy przyjrzeć się większości filmów Wajdy kształtujących obraz „szkoły polskiej”, to dostrzec można treść ukrytą przez „iluzjonistę” – jest to głęboka niechęć do polskiej tradycji romantycznej i patriotycznej.

Antoni Słonimski po premierze filmu „Wesele” pisał w swoim felietonie: „Sen Wyspiańskiego o Polsce wolnej, żal do współczesnej, ból, sarkazm, ten porachunek poetycki z własnym pokoleniem Wajda przetłumaczył na język filmu, a raczej na wrzask i bełkot. Inteligencję tych czasów przedstawił nam jako bandę niezdolnych do czynu kabotynów, którym w pijackim zamęcie coś tam we łbach się majaczyło. Kazał nam zapomnieć, że z tego środowiska, z tej ziemi, już za lat 30 wyszli pierwsi od lat polscy żołnierze”.


W kolejnych filmach „Pana Andrzeja” widać ten sam trop intencji historiozoficznej – to ciągła krytyka polskiego „szaleństwa” dążeń wolnościowych i narodowościowych. Posunięta czasem do granic – w filmie „Lotna” polscy ułani jak idioci walą szablami w niemieckie czołgi; w „Kanale” powstańcy dosłownie i moralnie nurzają się w szambie; w „Popiele i diamencie” patrioci z AK stają się mordercami, których do zbrodni pcha fatalizm wynikający z ich mentalnego skrzywienia. Jakby polskość była chorobą. Z której należy się leczyć.

Stąd właśnie wynika wściekłość Wajdy na środowiska patriotyczne, które organizują marsze na Krakowskim Przedmieściu. Ponieważ są one – w jego mniemaniu – spadkobiercami owej „szaleńczej” idei, która ciągle każe walczyć o Polskę Wolną i Piękną. Ich zwycięstwo postawiłoby pod znakiem zapytania wszystko to, co sam starał się usilnie w swojej twórczości przekazać. Dlatego przed tym się broni. Takiej Polski się obawia…

W wywiadzie dla włoskiego, lewicującego tygodnika „La Repubblica” w lipcu 2010 r., tuż po wyborze Bronisława Komorowskiego na prezydenta, mówił m.in.: „Jestem szczęśliwy, ale Kaczyński pozostaje niebezpieczny. Używa mitów martyrologicznych do tego, by dokonywać frontalnych ataków” (tłum. TŁ).

Sam Wajda z „martyrologicznym mitem” rozprawia się od początku swojej twórczości. To ponad pół wieku olbrzymiego wpływu na intelektualną elitę w naszym kraju. Na jego filmach wychowało się wiele pokoleń, często podświadomie „kupując” jego wizję, jego spojrzenie na polską historię. A filmów nakręcił sporo.

Iwaszkiewicz pisał w swoim „Dzienniku”: „Strasznie Wajdę lubię, taki z niego »pracownik« – tak się do wszystkiego bierze i zaraz robi”.

To prawda. Tak się do wszystkiego bierze i zaraz robi… Jego wpływ na sposób zbiorowego myślenia o sprawach ważkich dla nas – historycznie i politycznie, jest niebagatelny. Widać to choćby teraz, gdy coraz więcej jest intelektualistów, którzy o dowódcach Powstania Warszawskiego mówią per „zbrodniarze”. Do takiego stanu umysłów przyczynił się „największy polski reżyser”. Nie sam, oczywiście.

„Krzyżacy” wszystko psują

We wspomnianym „Kanale” drugim reżyserem był Kazimierz Kutz. A scenarzystą Jerzy Stefan Stawiński, który w książce Stanisława Janickiego z 1962 r. „Polscy twórcy filmowi sami o sobie” wypowiada się tak: „W takiej sytuacji jak ja znalazło się wielu ludzi z mojego pokolenia, wychowanego przed wojną w dętych kanonach bogoojczyźnianych, w myśl których naczelnym zadaniem i największym osiągnięciem życiowym była śmierć w obronie ojczyzny na barykadzie. Wszystkie te zasady – zrozumiałe zresztą na tle historii Polski – zbankrutowały w kluczowym dla nas momencie, w czasie powstania warszawskiego”.

Kilkanaście stron dalej w tej samej książce mówi sam Andrzej Wajda:

„Starałem się – zresztą nie tylko ja – przekonać widza, że nie należy walczyć, kiedy się nie ma racji, że nie należy podnosić ręki, zanim nie zastanowimy się, czy to podniesienie ręki ma sens. Wpajaliśmy w społeczeństwo przekonanie o słuszności takiego stanowiska. Niestety, cała nasza praca zostaje przekreślona takim filmem jak „Krzyżacy”. Idąc konsekwentnie po tej linii, powinno się następnie zrobić „Obronę Częstochowy” i „Cud nad Wisłą”. Rozumiem konieczność takiego filmu jak „Krzyżacy” w momencie, gdy wybucha wojna, ale takiej sytuacji na szczęście nie ma. Traktujemy naszą pracę na serio, jako pewnego rodzaju psychoterapię”.

Mamy więc przekonanie własne o misji wykonywanej „ramię w ramię” z innymi o „wpajaniu społeczeństwu” swoich przekonań, a jednocześnie wskazanie, że ta praca propagandowa ma charakter psychoterapii. Czy leczeniu należy poddawać tych, którzy są „chorzy na polskość”?

Stanisław Wyspiański Wolnej Polski nie doczekał… Gdy Żeromski opowiadał mu o ideach powstańczych, o zbiórkach pieniędzy na broń, o zamysłach Piłsudskiego, wtedy dramaturg wziął kartkę papieru i zaczął coś na niej pisać. Była to dymisja z Akademii Sztuk Pięknych. Zdziwionemu Żeromskiemu wyjaśnił, że nie może być nadal urzędnikiem ministerialnej austriackiej instytucji, gdy podpisze odezwę o datki na powstańczą broń. Chciał, żeby jego utwór „Veni Creator” stał się hymnem ruchu niepodległościowego. Dochód ze sprzedaży miał finansować działania wyzwoleńcze. Pierwszy egzemplarz, na specjalnym papierze, ofiarował Żeromskiemu. Dał na sprzedaż kilka swoich obrazów. Spotkał się też z Józefem Piłsudskim, ale prosił, żeby tej informacji nie rozpowszechniać.

Był coraz bardziej chory. Mdlał i silnie cierpiał. Podawano mu morfinę. Przyjaciel artysty mecenas Skąpski zapytał, czy wezwać żonę i dzieci. Wyspiański położył rękę na piersi i powiedział: „Dzieci i żonę mam tu – w sercu”.

Umarł, mając w sercu także Polskę. Bo był chory na polskość.

Zostawił po sobie niebywały spadek duchowy i literacki. Po „złoty róg” tego spadku sięgnął potem reżyser Andrzej Wajda. Kręcił kolejne swoje filmy tak, by ułożyły się w jego własną „polską szopkę”. Czy była to opowieść prawdziwa? W „Weselu” Wyspiańskiego odpowiedział na to pytanie gospodarz:

„Orły, kosy, szable, godła,
Pany, chłopy, chłopy, pany:
cały świat zaczarowany,
wszystko była maska podła:
chłopy, pany, pany, chłopy,
szable, godła, herby, kosy,
aż na głowie wstają włosy,
wszystko była podła maska
farbiona – jak do obrazka:
cały świat zaczarowany”.

W końcowych sekwencjach „Wesela” nakręconego przez Wajdę jest scena, w której pada zajeżdżony przez Jaśka koń. Biały koń. Alegoria Polski. Leży i zdycha w błocie…

Tomasz Łysiak


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
w51
Administrator


Dołączył: 23 Maj 2007
Posty: 5481
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gliwice

PostWysłany: Czw 7:52, 19 Wrz 2013    Temat postu:

Część II "Wałęsa" Historia niebywałej manipulacji

[link widoczny dla zalogowanych]

Polska opinia publiczna została poinformowana, że film „Wałęsa” został polskim kandydatem do filmowej nagrody Oskara. Filmu jeszcze nie widziałem, tak jak większość Polaków. Więc trudno mi powiedzieć, czy ten film zasłużył na tą nominację. Natomiast to co mnie zdumiało w najwyższym stopniu to uzasadnienie dla tej nominacji. Otóż Polski Instytut Sztuki Filmowej, a dokładniej Komisja Oscarowa ogłosiła że zgłoszono ten film do Oscara, ze względu na to że "Film Andrzeja Wajdy ma najwięcej atutów promocyjnych".


Do tej pory sądziłem, że powodem zgłaszania filmów do nagrody Oskara są artystyczne walory filmu. Teraz okazało się, że byłem w błędzie. Otóż głównym kryterium wyboru polskiego filmu do nagrody Oskara są atuty promocyjne. Czy w następnym roku kryterium decydującym będzie opinia ministra kultury? Bo o tym, że "Wałęsa" będzie polskim kandydatem do Oskara, minister kultury, poinformował jeszcze przed powstaniem filmu. Jeżeli o tym, jaki polski film, będzie kandydatem do Oskara, decyduje minister kultury, to po co nam Komisja Oskarowa?

Polska Komisja Oskarowa pokazuje nam, że Polska stacza się w kierunku Rosji i Białorusi, jeżeli chodzi o przestrzeganie demokratycznych standardów, ponieważ stała się instytucją spełniającą życzenia polityków partii rządzącej, a nie niezależną instytucją kulturalną, biorącą pod uwagę, jedynie wartości artystyczne polskiego filmu, przy wyborze do nagrody Oskara.
Przypomnijmy sobie jak wartościowe filmy polscy twórcy filmowi zrealizowali w ostatnim roku, a które Polska Komisja Oskarowa nie rekomendowała do Oskara:

Małgorzata Szumowska "W imię" – pokazywany konkursie głównym w Berlinie (nagroda dla najlepszego filmu LGBT)
Katarzyna Rosłaniec "Bejbi blues" - Kryształowego Niedźwiedzia w Berlinie za najlepszy film w sekcji Generation 14plus.Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze "Papusza" - konkurs głównym w Karlowych Warach (wyróżnienie specjalne jury)Tomasz Wasilewski "Płynące wieżowce" - konkursie głównym w Karlowych Warach, nagrodzony film w sekcji East of the WestJacek Borcuch "Nieulotne" - konkursie głównym w Sundance
Wojciech Smarzowski "Drogówka" Wojtka Smarzowskiego - w konkursie głównym w Moskwie
Maciej Pieprzyca "Chce się żyć" Macieja Pieprzycy – konkurs główny w Montrealu, nagroda główna, nagroda publiczności i jury ekumenicznego


Gdybym miał zdecydować jaki film polski powinien być zgłoszony do Oskara, na podstawie recenzji krytyków oraz nagród jakie do tej pory zebrał, to byłby to niewątpliwie film „Chce się żyć”. Tego o filmie „Wałęsa” nie mogę napisać, ponieważ krytycy filmowi, nie piszą recenzji o tym filmie, pewnie jeszcze nie dostali wytycznych od ministra kultury, jak takie recenzje należy pisać. To po pierwsze, po drugie, wbrew temu co minister kultury, rozpowiada na prawo i lewo film „Wałęsa”, żadnej nagrody, na żadnym festiwalu, póki co nie otrzymał. W moim przekonaniu to walory artystyczne filmu muszą decydować o tym, jaki polski film weźmie udział w nominacji do Oskara, a nie zdanie ministra kultury. Jeżeli jest inaczej, to żyjemy na Białorusi, a nie w Polsce


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚWIATOWID Strona Główna -> "Moja prawda, Twoja prawda i g.... prawda " :) Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin